USA / 1500 km z Illinois do Karoliny Południowej Jeepem Grand Cherokee 3.6 V6

Jest na świecie miejsce wyjątkowe, gdzie samochody są nie tylko środkiem transportu, a istotnym elementem kultury. Jest w tym miejscu kraj posiadający niewyobrażalne obszary dzikiej natury, pocięte siecią autostrad. Samochód daje tutaj nieporównywalne z niczym poczucie wolności, a ludzie drogi przemierzający tysiące kilometrów wielkimi pojazdami są szczególnie szanowaną grupą społeczną. Kraj ten to USA, a my specjalnie dla Was na potrzeby tego artykułu przemierzyliśmy 1500 km z Chicago w Illinois do Myrtle Beach w Karolinie Południowej.

Mając na uwadze fakt, iż musieliśmy przemierzać terytoria Indian plemienia Cherokee, oraz pokonać monumentalne i nieustannie „dymiące” Appalachy, do zadania tego wybraliśmy Jeepa Grand Cherokee 3.6 V6 (generacja WK2).

Naszą przygodę zaczęliśmy w stanie Illinois w mieście Chicago. Miejscu szczególnym, bo zdecydowanie najbardziej Polskim mieście w USA. Polskie korzenie tej wielkiej aglomeracji są widoczne na każdym kroku, począwszy od restauracji skończywszy na polsko brzmiących nazwiskach tutejszych mieszkańców. Miasto rozpościera się prawie 50 km nad brzegiem Jeziora Michigan, a wziąwszy pod uwagę całą jego aglomeracje mamy prawie 130 km ciągnących się zabudowań. Nietrudno znaleźć tutaj mieszkańców, którzy nigdy nie byli poza jego betonami. Słowo betonami użyliśmy nieco na wyrost, bo tak naprawdę jest tu bardzo dużo zieleni, a same zabudowania rozpostarte są na tak ogromnej przestrzeni, że aglomeracja nie przytłacza. Od razu rzuca się nam w oczy ogromne przywiązanie Amerykanów do flagi narodowej – wrażenie to towarzyszyć nam będzie przez cały pobyt w USA. Może ścięte idealne trawniki, powiewające flagi na przydomowych masztach z perspektywy starego kontynentu wydają się kiczowate i bardzo „filmowe”, jednakże tu na miejscu mamy wrażenie że tak to właśnie powinno wyglądać i jest to po prostu charakter tego miejsca.

Opuszczamy Chicago oraz Illinois i wjeżdżamy do Indiany, gdzie witają nas bezkresne pola kukurydzy oraz całkowity brak cienia. Mocno rozgrzany beton niezmiernie prostych odcinków tutejszych autostrad ma w sobie coś specyficznego – w końcu jest to „ostatnia” prosta przed domem (Chicago) powracających kierowców ciężarówek. Indiana wyraźnie różni się od tego co widzieliśmy do tej pory – nie ma tutaj mowy o tłoku, nowoczesnych aglomeracjach, ekologicznych pojazdach. Mamy natomiast zmęczone pickupy, wielkie SUV-y, ogromne gospodarstwa, stacje benzynowe, gdzie znaleźć można poza paliwem, odrobinę cienia.

Jedziemy dalej drogą nr 65, gdzie ku naszemu zdziwienia zauważamy, że na autostradzie mamy coraz więcej samochodów marki Subaru, co oznaczać może tylko że zbliżamy się do miejscowości Lafayette, gdzie znajduje się potężna fabryka tego koncernu. To tutaj wytwarza się między innymi bardzo popularny w USA model Forester. Przemierzamy dalej trasą 65 bezkresne pola kukurydzy ciągnące się, aż do słynnego Indianapolis.  Metropolia prezentuje nam okazałość swoich wieżowców, które wydaje się wyrastają z kukurydzianych pól. To tutaj znajduje się jeden z najsłynniejszych owalnych torów wyścigowych w USA. Mijamy tę miejską oazę i podążamy trasą nr 74 do granicy stanu. Indiana żegna nas miłym akcentem motoryzacyjnym w miejscowości Greensburg, gdzie znajduje się widoczna z drogi fabryka samochodów Honda (między innymi wytwarza się tutaj popularny w USA model Civic Sedan)

Przejechaliśmy już ponad 450 km, więc czas najwyższy by coś powiedzieć o Jeepie. Jego jednostka 3.6 dysponująca mocą 285 KM robi na nas ogromne wrażenie, a warto podkreślić, że jest to podstawowa jednostka benzynowa dostępna w USA. Jak przystało na bazowy motor okazał się on bardzo ekonomiczny i średnie na trasie spalanie wynosiło między 10 – 11l / 100 km. Mając na uwadze osiągi i wielkość auta przyznajemy że pozytywnie nas ten wynik zaskoczył. Równo pracująca jednostka z charakterystycznym dźwiękiem 6 cylindrowego silnika w układzie V, zapewnia nam naprawdę spory zapas mocy, który przydaje się na amerykańskich autostradach. Współpracuje on z płynnie pracująca przekładnią automatyczną, a całość wydaje się być stworzona do takich wypraw. Na pewno wiele europejskich czy azjatyckich suv-ów jest w stanie zaoferować nam wiele więcej mierzalnych aspektów, ale brakuje im jednego – nie są Jeepami i na podobną wyprawę nie wybralibyśmy nic innego.

Wróćmy do naszej trasy, gdyż wjeżdżamy do południowo zachodniej części Ohio, które jest zdecydowanie bardziej zielone i pagórkowate.  Kilka km za granicą stanu wjeżdżamy do miasta Cincinnati. W ciepłym wręcz żółtym świetle popołudniowych promieni słonecznych, miasto prezentuje się niesamowicie i robi na nas ogromne wrażenie.  Nie chodzi tylko o jego rozmiar, ale przede wszystkim o różnorodność i położenie. Tak naprawdę przemierzamy je w powietrzu autostradą 71, która przecina zabudowaną dolinę rzeki Ohio. Kombinacja piętrowych stalowych mostów rodem z NY, starych kamienic podobnych do tych w starym Chicago, i nowoczesnych obiektów tutejszej dzielnicy wieżowców wraz z przepięknym i ogromnym stadionem sportowym położonym tuż nad brzegiem rzeki, budzi w nas dziwne uczucie, że tak mało wiemy i jesteśmy nieświadomi istnienia tak ogromnej metropolii jaką jest Cincinnati. Rzeka Ohaio przecinająca miasto jest również granicą z stanem Kentucky, do którego wjeżdżamy widząc w lusterkach oddalające się zabudowania Cincinnati. 

Przejechaliśmy już ponad 520 km i przemierzamy autostradą 75 stan Kentucky jadąc w kierunku Tennessy. Mamy wrażenie, że dopiero teraz mamy przed sobą prawdziwe USA. Idealnie równa, pusta 3 pasmowa autostrada, pagórki oraz farmy odgrodzone białymi płotami. Na autostradzie widać prawdziwie amerykańskie pojazdy typu „muscle car”,  motocykle Harley Davidson, oraz towarzyszące nam przez całą podróż amerykańskie Trucki.

Coraz większe pagórki, lasy oraz  bardziej liczne lokalne rozlewnie whisky świadczą, że zbliżamy się do stanu Tennessy, w którym czekają na nas Great Smoky Mountains. Monumentalne, chodź niewysokie, wiecznie zamglone i zachmurzone góry witają nas półmrokiem i nieodzownie zbliżającą się nocą. Decydujemy się na nocleg w niewielkim miasteczku pośrodku Appalachów.

Kilka godzin snu, prawdziwe amerykańskie śniadanie i możemy jechać dalej. Wjeżdżamy do Karoliny Północnej, podziwiając piękno dzikich gór, oraz rezerwatu Indian Cherokee. Kilku godzinny zjazd w kierunku stanu Karoliny Południuowej jest wielką próbą dla układów hamulcowych, przez co na krętych serpentynach regularnie co kilkaset metrów mamy awaryjne pasy wyhamowujące dla ciężarówek.

Im bliżej nizin tym wyraźnie odczuwamy gorące powietrze znad Florydy. Zmiana klimatu jest tak błyskawiczna, że ku naszemu zdziwieniu w przydrożnych lasach pojawiają się palmy, a ziemia nabiera ceglano-czerwonego koloru. Krótka przerwa na nizinach Karoliny Południowej by rozprostować nogi. Wychodząc z Jeepa czujemy uderzenie gorąca. Dochodzi do nas że jest to zupełnie inny klimat. Do końca podróży towarzyszy nam coraz więcej grodzonych lasów, oraz znaków ostrzegawczych o czyhających tam niebezpieczeństwach.  Przejechaliśmy ponad 1400 km w okolicy Miasta Florance  i zjeżdżamy z Autostrady na dwupasmową drogę stanową, czując wyraźnie, że ocean jest bardzo blisko. Liczne jeziora, mokradła, stare drewniane domy, oraz malutkie kościółki stwarzają wrażenie wolno płynącego czasu.

Dojeżdżamy do celu naszej podróży – kurortu Myrtle Beach. Na miejscu wita nas wybrzeże pełne palm, powiewających flag, oraz niezliczonej ilości Hoteli. Po kilku dniach dostrzegamy jak dzika i niebezpieczna jest tutejsza przyroda. Ocean pełen jest drapieżnych ryb, w tym różnych gatunków rekinów, barakud, a  jeziora i rzeki pełne są aligatorów.

Co utkwiło nam najbardziej z tej ogromnej wyprawy? Myślę, że zdecydowanie niezawodny i doskonały Jeep Grand Cherokee, fenomenalne amerykańskie drogi oraz ludzi drogi, których mijaliśmy podczas jazdy.

 

Post Author: Andrzej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *